Czy Jennifer Lopez uratowała komedię? – „Teraz albo nigdy”

W grudniu film „Teraz albo nigdy” był jedną z najbardziej wyczekiwanych komedii 2018 roku. Postać grana przez Jennifer Lopez fascynowała zniecierpliwioną publikę. Czy produkcja reżysera wyspecjalizowanego w komediach odniosła sukces?

„Teraz albo nigdy” przedstawia historię kobiety, której na pierwszy rzut oka niczego nie brakuje. Ma kochającego partnera, przyjaciół i dach nad głową, jednak nie jest szczęśliwa. Maya (Jennifer Lopez) od wielu lat pracuje na tym samym stanowisku. Gdy tylko pojawia się okazja do awansu, robi wszystko, by go zdobyć. Niestety, zawsze znajdzie się ktoś od niej lepszy, ktoś z wyższym wykształceniem, którego Maya nie ma. Życie kobiety zmienia się o 180 stopni, gdy okazuje się, że ktoś stworzył jej nową tożsamość. Od tego momentu bohaterka aspiruje na stanowisko w jednej z korporacji, jednak jej zmienione CV nie jest kluczem do sukcesu. Czeka ją wiele zmagań i walk z konkurentami o stworzenie najlepszego produktu. Nie zapominajmy o tym, że prawda kiedyś będzie musiała wyjść na jaw.

Obsada jest wielką zaletą tego filmu. Na uznanie zasługuje gra aktorska większości bohaterów. Jennifer Lopez zagrała Mayę perfekcyjnie. Idealnie sprawdziła się w roli osoby, która nie boi się mówić tego, co myśli. Przemiana kobiety pracującej w sklepie spożywczym w ambitną konsultantkę wyszła doskonale. Aktorka poradziła sobie również z epizodami związanymi z przeszłością bohaterki i problemami w życiu prywatnym. Sceny z Zoe (Vanessa Hudgens) i Trey’em (Milo Ventimiglia) odsłaniają nam jej drugie oblicze. Trey nie pozwolił o sobie zapomnieć, co sprawiło, że widz pragnął widzieć go jak najczęściej. Na pochwałę zasługuje również Joan (Leah Remini), przyjaciółka głównej bohaterki, bez której film nie byłby tak zabawny.

Mocną stroną produkcji jest też scenografia. Wybranie Nowego Jorku jako miejsca akcji było strzałem w dziesiątkę. Drapacze chmur, Statua Wolności i nowojorskie taksówki zachwyciły wszystkich. Muzyka również została dobrze dobrana. Podczas seansu mogliśmy usłyszeć takie kawałki jak „America” – First Aid Kit czy „Push It” – Salt-N-Pepa. Pojawiły się również utwory Michaela Andrewsa, głównego kompozytora, i stworzony na potrzebę produkcji „Limitless”. Warto wspomnieć o humorze towarzyszącym widzowi podczas filmu. Maya w dosyć umiejętny sposób wychodziła z twarzą, gdy musiała udowadniać, że potrafi zrobić rzeczy wpisane w CV. Sceny te kończyły się wybuchem śmiechu na sali.

Niestety nie wszystko jest tak zachwycające, jak Nowy Jork. Fabuła jest połączeniem kilku standardowych komedii, co sprawia, że produkcja nie wprowadza niczego nowego. Stworzenie nowej tożsamości głównej bohaterce jest przerysowane. Z pewnością nikt nie uwierzyłby w to, że Maya skończyła Wharton School, Harvard, miała coś wspólnego z Korpusem Pokoju, ma zdjęcie z Obamą, a w dodatku umie mówić po mandaryńsku. Ponadto, takich modyfikacji dokonał syn przyjaciółki, co jeszcze bardziej pogarsza sytuację. Pomimo tego, że jest to komedia, to takich elementów powinno być znacznie mniej.

Grę aktorską już pochwaliłam, ale sama budowa postaci jest dosyć stereotypowa. Czarnym charakterem okazuje się osoba z brytyjskim akcentem, a przyjaciółka pracująca w sklepie to typowa przedstawicielka niższej klasy społecznej, której bogate słownictwo polega na dosyć częstym przeklinaniu. Aktorzy świetnie sprawdzili się w swoich rolach, jednak scenarzyści nie wykazali się oryginalnością. Do tego wątek głównej bohaterki z Zoe jest dosyć sztampowy. Prawda, która wychodzi na jaw pod koniec seansu, jest kolejnym przerysowaniem. Moim zdaniem pominięcie tego elementu byłoby jedynym słusznym rozwiązaniem. Miał on chwycić za serce, jednak sprawił, że mam ochotę ocenić film o jedną gwiazdkę mniej.

Czy „Teraz albo nigdy” można uznać za sukces? Niekoniecznie. Gdyby scenarzyści postarali się o lepszy scenariusz, byłyby to możliwe. Jednak film sam w sobie nie jest taki zły. Podczas oglądania go nie będziesz mieć ochoty uciec z sali. Pomimo banalnych wątków jest on miły dla oka, a widz nie zastanawia się zbytnio nad „niedociągnięciami”. Porusza on ważny temat, jakim jest patrzenie wyłącznie na dyplom. Jednak tak lekka kompozycja nie sprawia, że w głowie pojawią się myśli o zmianie pracy na lepszą. Przesłanie pojawiające się w końcowej scenie: „Jedyną rzeczą, która powstrzymuje cię przed drugą szansą, jesteś ty” nie wywołuje zbytniej refleksji nad własnym życiem.

Czy zatem warto obejrzeć tę produkcję? Wydaje mi się, że to zależy od preferencji. Jeśli szukasz niezobowiązującego filmu, który z łatwością cię rozbawi, zobacz go teraz, zaś jeśli nie chcesz marnować czasu, wybierz opcję nigdy.

Film został obejrzany dzięki uprzejmości sieci kin Helios.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *