Najnowsza katastrofa, czyli „Serce nie sługa”

Polskie komedie romantyczne – dla jednych zło wcielone, dla drugich sposób na luźny wieczór. Kochane i znienawidzone jednocześnie, niczym grzyby po deszczu pojawiają się w repertuarze kin na jesień. Przed Wami recenzja wielkiego rozczarowania, jakim jest „Serce nie sługa”.

 

Zacznijmy od początku. Akcja filmu rozgrywa się w Trójmieście. Jest to miła odmiana, w porównaniu do wszelkich polskich produkcji nagrywanych w Warszawie, na dodatek przedstawiających to miasto niczym prawdziwą metropolię. Gdańsk, Sopot czy Gdynia też oczywiście przedstawiono z najlepszej, przejaskrawionej perspektywy. Bohaterowie uprawiają jogging na molo, pracują w ekstra biurowcach i wieczory spędzają w hipsterskich knajpach. Jedna z bohaterek ma mieszkanie (jakże by inaczej) na samej plaży, z widokiem na morze. Jak wiadomo, takich mieszkań w Gdańsku jest przecież mnóstwo.

Przymykając oko na cukierkowe otoczenie bohaterów, kolejną rzeczą rażącą po oczach jest fabuła. Film opowiada historię Filipa (Paweł Domagała), który jest artystą – łamaczem serc, traktującym kobiety wyłącznie w kategorii przygody. Tuż u jego boku, niemal na każde skinienie pojawia się kobieta anioł, Daria (Roma Gąsiorowska). Wydaje jej się zupełnie nie przeszkadzać rola oddanej mu całkowicie przyjaciółki. Oprócz tego w życiu bohatera jest jeszcze jego przyjaciel, prowadzący życie przykładnego męża i ojca, Maciek (Borys Szyc). Filip kocha swój żywot, pełny imprez i kobiet, jednak do pełni szczęścia chciałby mieć… dziecko. Już sekundę po poznaniu zarysu bohaterów, mamy wrażenie, że skądś znamy ten motyw. I wtedy dociera do nas, że oglądaliśmy coś podobnego już setki razy.

Kolejną rzeczą, która razi po oczach (a właściwie uszach), są tragiczne dialogi. Wydaje się, że improwizowane scenki, gdzie wymyśla się teksty na poczekaniu, mogłyby wyjść naturalniej. To, jak naciągane są rozmowy bohaterów, przekracza wszelkie pojęcie. W połączeniu z kiepską grą aktorską, męczy nas relacja Darii i Filipa. Momentalnie mamy dość słuchania ich rozmów o relacjach damsko–męskich, wypełnionych po brzegi najbardziej przewidywalnymi, nudnymi i naiwnymi uszczypliwościami.

W momencie, gdy myślimy, że nudna fabuła, tragiczne dialogi i zła gra aktorska wystarczą, by zaliczyć „Serce nie sługa” do kolejnego gniota, pojawia się zręczny „plot twist”, którego wyjaśnienie pominę, by uniknąć spojlerów. Co jednak żenuje? Film, który ma być lekką, zabawną komedią romantyczną zmienia się na ostatnie 15 minut w naciągany, mający nas zmusić do cichego łkania dramat. Zastosowano znane triki mające poruszyć widza – płacz w szpitalu, motyw nagrywania filmów przez bohaterkę, czy też nagłą przemianę osobowości głównego bohatera. To wszystko ma sprawić, że poczujemy nagle żal z powodu negatywnych wydarzeń przedstawionych w filmie.

Oglądając „Serce nie sługa”, poczułam się zmęczona produkcją już w połowie. Film jest na tyle nudny, żmudny i przewidywalny, że nawet żenująca próba wzruszenia widza go nie ratuje. Idąc na komedię romantyczną, nie oczekujemy wybitnej produkcji. Chcemy się po prostu dobrze bawić. Rażąca cisza na sali tłumaczyła jednak, że nikogo film nie bawił. „Serce nie sługa” jest tak wybitnie zły, że aż zaproszono do niego Ewę Chodakowską, by pobiegała w kilku scenach i przyciągnęła do kin swoje fanki. O ile polskie dramaty podbijają światowy rynek, o tyle na dobre komedie romantyczne prawdopodobnie będziemy musieli pewnie jeszcze długo poczekać.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *