Prawda jest dla mnie najważniejsza i w życiu i w sztuce – wywiad z Jankiem Traczykiem

Jest wokalistą, aktorem scen muzycznych, współautorem spektaklu, ale przede wszystkim Artystą. Tak, Artystą pisanym wielką literą. W swoim dorobku ma główne role w musicalach „Metro”, „Piloci”, „Notre Dame de Paris”, ale nie ma zamiaru spoczywać na laurach, lecz ciągle chce się rozwijać.

Dziś są Twoje urodziny, czego moglibyśmy Ci życzyć? O czym marzysz?

Marzę o tym, żeby moje piosenki, moje spektakle ujrzały światło dzienne i żeby ludzie mogli je poznać i pokochać. Najwięcej satysfakcji sprawia mi rozwijanie własnej twórczości. Tak samo na dzisiejszym koncercie, 90% piosenek jest mojego autorstwa, albo przynajmniej z moją muzyką. Koncerty, na których mogę zaprezentować siebie, dają mi dużo radości i satysfakcji. Cieszę się, że ludzie mogą je poznawać, bo chciałbym mieć po prostu jak najwięcej kontaktu z publicznością.

Pracujesz teraz nad debiutanckim albumem. Ile czasu zajmuje Ci zebranie materiału muzycznego? Kiedy ukaże się płyta?

Samo nagrywanie w studiu zajmuje tak mniej więcej pół roku. Myślę, że na mojej płycie będzie z jedenaście utworów, może trochę więcej. Nie ukrywam, że występy w „Pilotach” i w  „Twoja Twarz Brzmi Znajomo” trochę pokrzyżowały mi plany z szybszym wydaniem płyty. Oczywiście to wszystko odbieram w sposób pozytywny. Aktualnie zakładam, że płyta pojawi się na jesień, a przynajmniej zrobię wszystko, żeby tak było.

Czy pamiętasz, o czym był tekst pierwszej piosenki, którą napisałeś? Kiedy to było?

W moim życiu było dużo takiej młodzieńczej twórczości, ale taką oficjalną pierwszą piosenką jest „Languages”. Można ją znaleźć na serwisie YouTube. Opowiada o mojej  niespełnionej miłości do pewnej Szwedki. Byliśmy wtedy młodzi, dzieliło nas tyle kilometrów, że nic się nie dało zrobić z tym uczuciem. W tamtych czasach nie było ani Facebooka, ani internetu, a teraz pozostało mi tylko piękne wakacyjne wspomnienie. Ogólnie dużo łatwiej pisze mi się teksty po angielsku i szczerze mówiąc, zdecydowanie wolę śpiewać w tym języku. Jednak w momencie, gdy śpiewam po polsku, to czuję, że moje teksty zdecydowanie bardziej trafiają do ludzkich serc. Teksty w języku polskim dają mi dużą możliwość wyrażenia siebie.

Masz muzyczne wykształcenie. Kiedy odkryłeś u siebie także talent aktorski?

Od zawsze byłem wokalistą. Wiadomo, gdzieś tam grałem w szkolnych przedstawieniach, ale coś większego zaczęło się od głównej roli w Teatrze Wielkim w Operze Dziecięcej „Pan Marimba”. Nagle okazało się, że muszę sprostać temu wyzwaniu i już nie tylko śpiewać, ale także i grać. Śpiew zawsze niósł ze sobą taką nutę aktorstwa, ale dopiero kiedy znalazłem się w teatrze, to zdałem sobie sprawę, że te kwestie mówione wcale nie są takie łatwe. Byłem na początku przez sześć lat w Studiu Buffo, właściwie trafiłem tam z castingu. Pamiętam, że nie zaśpiewałem wtedy nawet całej piosenki. Janusz Józefowicz usłyszał wtedy kawałeczek mojej zwrotki i refrenu, po czym skrytykował, co tylko się dało (śmiech). Potem mimo wszystko przyjął mnie do zespołu. Musiałem się intensywnie szkolić i dopiero po dłuższym czasie dostałem główną rolę w musicalu „Metro”. Chociaż była to duża szkoła cierpliwości, cieszyłem się, że się rozwijam. Krytyka zawsze wspiera rozwój, jeśli jest konstruktywna.

Czy jako aktor scen muzycznych masz jakieś rady dla początkujących wokalistów i aktorów?

Początkujący aktor czy wokalista musi przede wszystkim bardzo dużo pracować nad samym sobą. To nie jest tak, że ten talent się ma i nie trzeba nic więcej z nim robić. Według mnie w aktorstwie trzeba się po prostu otworzyć, nie bać się tych emocji, czy też nowej roli. Nie masz zagrać postaci, masz nią po prostu być, stworzyć prawdziwego człowieka. Kreacja roli polega na znalezieniu cech osoby, którą masz zagrać, Nagle musisz poruszać się jak on, mówić w charakterystyczny dla niego sposób. To wszystko należy do spraw techniki aktorskiej. Ale najważniejsze jest, żeby to poczuć całym sobą, swoim wnętrzem.

Zdradzisz nam, jak wygląda typowy casting do musicalu?

Casting do „Pilotów” wyglądał tak, że w zasadzie musiałem zaśpiewać jedną piosenkę w każdym etapie. Wiadomo, nie jest to zwykłe śpiewanie, całość trzeba ograć, a nie tylko stać na scenie i nic nie robić. W ten tekst, w śpiewane przez ciebie słowa wszyscy muszą uwierzyć. Następnie śpiewałem duety w różnych konfiguracjach, ale nie była to taka typowa batalia o swoje miejsce na scenie. Ogólnie w każdej roli trzeba szukać prawdziwych emocji. Zawsze w środku siebie odnajdywałem cechy tych postaci, w które się miałem wcielić. Musiałem wyjąć z siebie te uczucia i przełożyć na kreowaną postać. Najtrudniejsze jest zawsze to, aby te emocje były prawdziwe, płynęły prosto z serca i trafiały do publiczności.

Wraz z Piotrem Orychem jesteś współautorem spektaklu „Byłem w Ameryce”. Skąd pomysł na fabułę?

„Byłem w Ameryce” to spektakl o dwóch mężczyznach porzuconych przez kobiety. Wiąże się z naszymi sytuacjami życiowymi, zwłaszcza jeżeli chodzi o Piotra, współtwórcę spektaklu. On napisał teksty, ja zrobiłem do tego muzykę. Piosenki powstawały dosłownie jedna po drugiej. Pamiętam, że jednego wieczora ułożyliśmy prawie trzy utwory. Potem o wiele więcej czasu zajęło nam wymyślenie tekstu, czyli tego spoiwa, który by łączył poszczególne utwory. Z weną jest tak, że czasami chcesz tylko pisać i pisać, a czasami tkwisz w tym samym miejscu przez dłuższy czas i kompletnie nie możesz się z niego ruszyć.

Aktualnie prezentujesz się widowni zarówno w autorskim spektaklu, jak i na koncertach. Którą formę własnej twórczości wolisz?

Na razie nie występowaliśmy ze spektaklem zbyt dużo razy. Każdy występ jest oczywiście dużym przeżyciem i sprawia mi wiele radości. Tutaj działa już sam fakt, że ludzie oglądają historię, którą my sami stworzyliśmy całkowicie od zera. To jest nasza twórczość, nie ekranizacja jakiejś książki. Właściwie nigdy nie wiemy, czy naszym odbiorcom to się spodoba. Najbardziej jednak lubię po prostu dzielić się swoimi piosenkami, zwłaszcza jak jest to większy koncert, najlepiej z orkiestrą. Na koncertach jestem w stu procentach sobą, podczas spektaklu, nawet mojego, odgrywam jakąś postać, jestem kimś innym. Prawda jest dla mnie najważniejsza i w życiu i w sztuce.

Współpracujesz ze Studiem Accantus, czyli ze studiem nagraniowym, które szerzy musical i muzykę filmową na swoim kanale na serwisie YouTube, jak i na koncertach i recitalach. Jak zaczęła się ta przygoda?

Do Studia Accantus wysłałem przez internet próbkę swojego głosu. Poczułem, że tam byłoby moje miejsce, dlatego, że tak samo, jak oni kocham musicale. Na początku nie było żadnej odpowiedzi, dopiero jakiś czas później dostałem odpowiedź i zostałem zaproszony na pierwsze nagrania. Bartek Kozielski (założyciel Studia Accantus — przyp. red.) patrzy na całego człowieka, a nie tylko na jego talent i umiejętności. Aktualnie moim ulubionym wykonaniem z Accantusa jest „Twój śpiew” z musicalu „Love Never Dies”.

W „Belle” Studia Accantus śpiewałeś partię Qusimodo. W Teatrze Muzycznym w Gdyni wcieliłeś się w rolę Gringoirea. Która postać wolałbyś zagrać w Notre Dame de Paris, gdybyś miał wybór?

Jestem postacią Gringoirea, nie mam żadnej wątpliwości co do tego, czuję go po prostu w duszy. Myślę, że ciekawie by było zagrać też Quasimodo, może gdybym dostał taką propozycję w teatrze, to bym spróbował, nie jestem pewien. Accantus to zdecydowanie inne miejsce niż teatr, tam nie wcielam się w całą postać, tylko w jej jedną partię. Jakoś nie czuję tego, że Quasimodo to by była rola dla mnie, ale nie mówię, że bym chętnie nie spróbował, gdyby była taka możliwość.

Występowałeś teraz w programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. Czy jesteś osobą, która lubi rywalizować, czy bardziej traktujesz udział w tym programie jako zabawę?

Obiecałem sobie, że nie będę traktować udziału w „Twoja Twarz Brzmi Znajomo” jako rywalizacji, chciałem, aby była to zabawa. Jednak po każdej punktacji zastanawiałem się, co jeszcze mogłem w sobie poprawić a gdzieś to wewnętrzne poczucie rywalizacji dawało o sobie znać. Niestety, mam taką cechę, że lubię być najlepszy we wszystkim, pracuję nad nią, poskramiam nieraz, ale czasem ona daje o sobie znać. W Programie robiłem swoje, starałem się tworzyć jak najlepsze występy i przekonywałem sam siebie, że trzeba się po prostu cieszyć tym, co się robi, a nie truć siebie od środka rozmyślaniem o tym, że trzeba być lepszym od innych albo zadowolić jury. Od początku starałem się nie myśleć o tym, czy dojdę do finału.

Jak długo trwała metamorfoza w „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”?

Sama charakteryzacja trwała z pięć, sześć godzin. Na przygotowanie postaci mieliśmy około tygodnia. Trzeba było dość sprawnie analizować głos, ruchy, mimikę twarzy. Potem po prostu mieć nadzieję, że jak charakteryzatorki zrobią ci nową twarz, to będziesz mógł nadal naśladować tę mimikę i że będzie ona jak najbardziej podobna do oryginalnej. W niektórych przypadkach twarz tak się zmieniała, że miny działające „na sucho, już po charakteryzacji nie do końca się sprawdzały i trzeba było albo trochę rozruszać maskę albo zmienić mimikę.

Jak oceniasz swoje życie? Czy jesteś człowiekiem szczęśliwym, spełnionym?

Moje życie oceniam pozytywnie, tak na ocenę pięć z minusem. Niewiele jest rzeczy, których żałuję i na pewno nie są to decyzje zawodowe. Czerpię ogromną radość z tego, co robię, odczuwam po prostu szczęście i chciałbym osiągnąć jeszcze więcej. Cały czas pracuję nad sobą, nad swoim charakterem, warsztatem. Skupiam się na rozwijaniu siebie, swojej osobowości i swojej twórczości. Cieszę się, że dzięki temu, mogę coraz więcej przekazywać wspaniałym ludziom, którzy przychodzą na moje koncerty.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *