Primus inter pares – wywiad z Przemysławem Staroniem

fot: Uniwersytet SWPS

fot: Uniwersytet SWPS

Jeżeli uczeń ma podążać ścieżką jakiegoś przedmiotu, nauczyciel musi płonąć pasją – twierdzi Przemysław Staroń, psycholog i kulturoznawca. Jako student, uczelniany zwycięzca Studenckiego Nobla oraz laureat konkursu Primus Inter Pares. Obecnie mówca i panelista, nauczyciel, recenzent oraz przedsiębiorca. Istny człowiek orkiestra. W rozmowie opowiedział nam o znaczeniu filozofii, jak i niekonwencjonalnych sposobach nauczania.

W nauczaniu wykorzystuje Pan „edukację międzypokoleniową”, czyli połączenie zajęć młodzieży z seniorami. Jak to się wszystko zaczęło? Skąd taki pomysł?

Myślę, że początek miał miejsce kilka lat temu, gdy pierwszy rok pracowałem w liceum. Równocześnie byłem na etacie na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Pewnego razu opowiadałem naszej nauczycielce, Lidii Dysarz, jakich fajnych mamy seniorów. Wówczas zaproponowała, by poznać ich z naszą młodzieżą. Zrobiliśmy więc małe spotkanie i przyszła na nie jedna z naszych „naczelnych seniorek” – pani Ela. Młodzieży bardzo się podobało, a ona była wręcz zauroczona. Zaczęliśmy więc organizować takie cykliczne spotkania. Na początku nie zachodziła interakcja, seniorzy po prostu uczestniczyli z młodzieżą w wykładach dotyczących kultury i sztuki. Dopiero później zaczęliśmy robić warsztaty. To był czas, kiedy Komisja Europejska ogłaszała konkursy na ciekawe międzypokoleniowe projekty, w których z ochotą braliśmy udział. Dostaliśmy różne nagrody i tak to się rozwijało.

Jaki jest efekt takiego połączenia?

Pomijając sytuacje wymierne, takie jak nagrody, są sprawy dużo ważniejsze. Widoczne są realne relacje, które rodzą się między młodzieżą a seniorami. Jest tutaj kilka osób, które w zasadzie powchodziły w przyjaźnie. Mamy taką jedną „Ciocię Danę”, którą regularnie odwiedzają nie tylko nasi uczniowie, ale także absolwenci. Jest wspominana też pani Elżbieta, która spotyka się z naszymi absolwentami na różnych herbatkach. Jest również pani Bogusia – fanka Playstation, z którą uczniowie umawiają się czasem na wspólną grę.

Czyli wytworzyła się specjalna więź.

Tak, myślę, że tak. I to jest kluczowa sprawa.

A kto ma większy wpływ: młodsi na starszych, czy starsi na młodszych?

Właśnie trudno to ocenić. Na pewno wpływ jest obustronny. Młodsi widzą, że wiek nic nie znaczy, że można być człowiekiem starszym i mieć otwarty umysł, myśleć krytycznie, pasjonować się życiem. Ponadto uczą się, że osoby dorosłe mogą być bardzo tolerancyjne i akceptujące. Okazuje się, że starsi nie są takimi „moherowymi beretami”, z jakimi im się wcześniej kojarzyli, więc przy okazji łamiemy stereotypy. Jeżeli chodzi o osoby starsze, to dzięki kontaktowi z młodzieżą czują się „na fali”. Widzą, że ta młodzież nie jest wcale taka zła.

Czy dostosowuje się Pan sposobem mówienia do każdej z grup wiekowych, czy stosuje wspólny język dla wszystkich?

Na pewno jest jakaś różnica w mówieniu. Widzę to po sobie, prowadząc zajęcia tylko dla seniorów lub tylko dla uczniów. Jak rozmawia się z seniorami, można używać pewnych pojęć, których młodzież nie zna. Dla seniorów pewne rzeczy, dotyczące naszego funkcjonowania w społeczeństwie, są po prostu oczywiste. Jeżeli chodzi o taki mój idiolekt, to myślę, że mimo wszystko jest on dosyć jednorodny i spójny. Z jednej strony staram się, by był poprawny merytorycznie, a z drugiej lekki i nośny.

Na czym polega fenomen międzypokoleniowego fakultetu filozoficznego „Zakon Feniksa”?

Na pewno jest czymś bardzo nowatorskim i oryginalnym. To chyba jedyna taka inicjatywa w Polsce, w ramach której seniorzy i uczniowie regularnie uczą się w ławkach szkolnych. Wykorzystujemy nowe media. Mamy własną grupę na Facebooku, Snapchata, posługujemy się memami i różnymi rodzajami multimediów. To jest dosyć ciekawe z perspektywy, że na spotkania przychodzą seniorzy. Mało tego, oni są bardzo ogarnięci technologicznie – dwie panie mają Snapchata, chociaż jedna kiedyś mówiła, że to jest „Sznaps” (śmiech). Natomiast to, co najbardziej spaja Zakon, to relacje. Podczas olimpiad, etapów okręgowych czy centralnych, zawsze jest z nami przynajmniej jeden senior. Bywały momenty, że np. sześć starszych pań jechało z nami na finał do Warszawy. Wszyscy pytali, co to za babcie i dlaczego babcie przyjechały z uczniami, a nie rodzice. Tłumaczyliśmy wówczas, że to ich przyjaciółki i… następował wielki szok. Fenomenem jest też to, że jeżeli ktoś przychodzi do Zakonu Feniksa, to już w nim zostaje, choćby mentalnie. Skończenie szkoły nic nie zmienia. Na spotkania przychodzą absolwenci, a nawet osoby z innych szkół. Czasem zabierają rodziców, by posłuchali o filozofii. Wszyscy czują się tutaj bezpiecznie. Mówią, że przychodzą tu, by przypominać sobie, że świat jest dobry.

W odniesieniu do nowych technologii, o których już wspomnieliśmy, wykorzystuje Pan w edukacji media społecznościowe, takie jak Snapchat, Instagram czy Facebook. Na czym to polega i w czym pomaga?

Przede wszystkim myślę, że media społecznościowe to bardzo szeroki worek, do którego można wrzucić wiele rzeczy. Długo prowadziłem profil na Facebooku, tak po prostu, dla siebie. Lecz w pewnym momencie uczniowie zaczęli zapraszać mnie do znajomych. Nawet jeżeli ich nie dodawałem, dopóki nie ukończyli szkoły, to i tak komentowali różne statusy publiczne. Powoli dostrzegałem, że potrzebują takiej możliwości kontaktu z nauczycielem w „chmurze”. Zacząłem to wykorzystywać świadomie, wrzucając różnego rodzaju myśli, czy prace zrobione przez uczniów na Facebooka lub Instagrama. Zauważyłem, że cieszą się, że można ich w pewien sposób wyróżnić. Media społecznościowe ułatwiają kontakt – uczniom nie chce się wchodzić na dziennik elektroniczny i dużo łatwiej jest napisać na Facebooku. Oprócz komunikowania, zacząłem zastanawiać się, czy nie można ich wykorzystać wprost do edukacji. Czysto intuicyjne dodawałem treści, które mogą kojarzyć się z nauką. Odkryłem, że nawet Snapchat może być pomocny. Nie założyłem go po to, by być kumplem uczniów, bo nauczyciel nie powinien być ich kumplem. I ja tego zawsze przestrzegam. Zacząłem wysyłać uczniom „snapy” – #filosnapy – z różnymi zagadnieniami filozoficznymi i pytaniami. Zaskoczyło mnie, jaką to zrobiło furorę. Jednocześnie nie kreuję się na kogoś, kim nie jestem – jestem sobą, więc w newsfeedzie każdy może zobaczyć także postowane przeze mnie treści, dotyczące mojego życia prywatnego i rodzinnego.

Wielu nauczycieli odchodzących na emeryturę nie może pochwalić się tak dużą liczbą olimpijczyków. W jaki sposób przekazuje Pan wiedzę, że uczniowie potrafią ją w tak wspaniały sposób wykorzystać?

Obiektywnie, faktycznie jest to duża liczba. Osiemnaście tytułów olimpijskich w ciągu czterech lat w szkole, która de facto olimpijska nie jest. Myślę, że atmosfera naszej placówki sprzyja myśleniu i uczeniu się ciekawych rzeczy. Wielu nauczycieli tutaj pracuje osobowością. Ja mam świadomość, że potrafię przekazywać wiedzę. To nie jest chwalenie się, tylko stwierdzenie faktu dotyczącego umiejętności, którą posiadam. Wydaje mi się, że potrafię to robić w sposób angażujący ucznia. Filozofia jest przedmiotem, który można bardzo, przepraszam za wyrażenie, spieprzyć, albo uczynić z niego coś fantastycznego. Ja staram się robić to drugie. Sama filozofia z wykorzystaniem różnych metod przyciąga uczniów. Ponadto Olimpiada Filozoficzna jest bardzo egalitarna. Wymaga zdobycia potężnej wiedzy dodatkowej, ale jej zakres jest niezwykle dokładnie sprecyzowany.

Filozofia często jest uważana za przedmiot II kategorii. Dlaczego Pana zdaniem nie jest obecna w podstawach programowych jako obowiązkowa? I dlaczego filozofowie bardzo często nie są odbierani poważnie?

Jestem przekonany, że składają się na to dwa aspekty. Aspekt czysto podmiotowy, związany z samym funkcjonowaniem filozofów i aspekt związany z odbiorem społecznym. Czasami filozofowie są sami sobie winni. Nie dbają wystarczająco o to, by pokazywać, że filozofia jest częścią życia człowieka. Oddalają się od życia, wikłają się w koncepcje, których większość ludzi nie rozumie. Ja podkreślam konieczność społecznej roli filozofii. Musimy zrozumieć, że samo pragmatyczne myślenie jest błędem, bo wypacza wartości. Jednak pozbywanie się tego elementu pragmatycznego ze swojego życia jest moim zdaniem dużym ryzykiem. Powoduje, że oddalamy się od realnego świata, świata namacalnych ludzkich problemów i to problemów dotykających każdego przeciętnego człowieka. Można by zrobić eksperyment społeczny, co by było, gdyby filozofia faktycznie była obecna w szkołach. To byłaby zupełnie inna bajka. Widać jak ludzie są złaknieni czegoś takiego. Problem leży także po stronie społeczeństwa, które kiepsko postrzega różne grupy społeczne – nie tylko muzułmanów czy homoseksualistów, ale także właśnie filozofów. Mam wrażenie, że ludzie nieustannie powtarzają utarte hasła. Jeżeli ktoś mówi „przestań filozofować”, to tak naprawdę wypacza całą istotę filozofowania. Filozofowanie robione jak należy nie jest wcale gadaniem „pierdół”, a bardzo rzetelnym namysłem powiązanym z równie rzetelną argumentacją. Natomiast dlaczego filozofii nie ma w szkołach? Nie chcę tworzyć teorii spiskowej ale mam przekonanie, że z jakiegoś powodu politycy naprawdę nie przywiązują do tego wagi. Ludzie, którzy zajmują się podstawą programową, nie zdają sobie sprawy z istoty filozofii. Nie znają wyników badań, które pokazują, że filozofowie to osoby, które najkrócej pozostają na bezrobociu ze względu na elastyczność myślenia, że nauka filozofii w szkole podnosi umiejętności językowe uczniów. Ci ludzie nie widzą tych plusów, ale ja zawsze zadaję sobie pytanie: jak mają je widzieć? Filozofowie nie zadają sobie wystarczającego trudu, by je pokazywać. No i w końcu, mam wrażenie, że tak jest po prostu wygodniej. Siłą rzeczy, łatwiej rządzi się społeczeństwem, które nie myśli przesadnie niezależnie. Nie chcę sugerować, że każdy, kto staje się ministrem edukacji, składa jakąś tajną przysięgę, że nie wprowadzi filozofii do szkół jako przedmiotu obowiązkowego (śmiech). Po prostu mam wrażenie, że to może być jeden z powodów, dlaczego nie jest to traktowane poważnie. Bo po co nam przesadnie myślący obywatele? Ktoś powie: no tak, ale obecny rząd chce zastąpić wiedzę o kulturze filozofią. Owszem, ale wymiennie z plastyką albo techniką… To nie wymaga chyba komentarza.

Niedawno skończył Pan 32 lata. Mimo młodego wieku, pańskimi osiągnięciami można by obdarować kilka osób. Jak w tak krótkim czasie zdążył pan tak wiele osiągnąć?

Jeżeli mam być szczery, to myślę, że są chyba dwa powody. Mam wrażenie, że do pewnego momentu nie do końca rozumiałem, dlaczego ja tak łapię się różnych rzeczy. Pomogła mi w tym psychoterapia, którą przeszedłem na studiach. Otworzyła mi oczy na moje motywacje. Z jednej strony zawsze miałem dobre wyniki w szkole, byłem laureatem różnych konkursów i przyznałem sam przed sobą: Przemek, ty masz po prostu sporo zdolności, którymi można tłumaczyć twoje osiągnięcia. Ale dzięki psychoterapii zrozumiałem też, że częścią mojej motywacji była chęć kompensowania swoich braków, których w życiu doświadczałem. Jako dziecko niewystarczająco nauczyłem się funkcjonować adekwatnie społecznie. To jest taki globalny mechanizm – jak ktoś się bardzo dobrze uczy i ma kiepski kontakt z ludźmi, to należy podejrzewać, czy przypadkiem nie ucieka w świat nauki. Ja na szczęście zawsze miałem swoich zaufanych kolegów i koleżanki, ale coś takiego było. Myślę, że dzięki studiowaniu psychologii zrozumiałem bardzo szybko, że w naszej psychice nie ma rzeczy sprzecznych. Jesteśmy przyzwyczajeni, patrząc na przyrodę, do tzw. monokauzalności czyli szukania jednej przyczyny wyjaśniającej świat. Natomiast w życiu psychicznym człowieka nie ma mowy o monokauzalności. Ja zaakceptowałem, że mogę być równocześnie zdolnym człowiekiem i być dodatkowo napędzany przez motywację polegającą kompensacji. Pogłębiony wgląd w siebie uświadomił mi w końcu, że chcę robić to, w czym jestem dobry i nie chcę łapać się wszystkiego. I że będę robił to, co sprawia mi przyjemność bez przymusu wewnętrznego, że muszę być najlepszy. Od tego momentu zacząłem skupiać się na tym, co jest moją pasją. Odpuściłem. Nie zaplanowałem, że będę mówcą na TEDxie albo, że będę nominowany do tytułu Nauczyciel Roku. To zawsze wychodziło samo z siebie. Ktoś kiedyś powiedział, że jak człowiek robi coś z pasją, to pewne rzeczy same do niego przychodzą.

A z czego jest Pan najbardziej dumny?

Mam w sobie takie pomieszanie dumy z radością, kiedy widzę, jak ludzie, z którymi pracuję, stawiają kroki w dorosłym życiu. Wykorzystują to, co się zadziało na moich lekcjach, lub po prostu w wyniku kontaktu ze mną. To takie poczucie, że są osoby, na które mogę mieć wpływ swoją osobowością. To jest najlepsza rzecz na świecie. Oczywiście cieszę się z różnych nagród, rzeczy materialnych, jestem tylko człowiekiem. Myślę, że materialne rzeczy są super, ale one budzą zadowolenie. Prawdziwą i głęboką radość połączoną z poczuciem sensu życia budzą natomiast rzeczy niematerialne – relacje i świadomość, że można było komuś świecić latarką w jego ciemnościach.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>