Czarno-biali Windsorowie w serialu „The Crown”

the-crownWielka Brytania, rok 1951. Śmiertelnie chory król Jerzy VI wykorzystuje ostatnie chwile życia na przygotowanie starszej córki do przejęcia władzy. Gdy księżniczka Elżbieta zostaje królową, jej głowę zajmują dylematy dużo cięższe niż korona. A ród Windsorów nie pomaga. O tym wszystkim opowiada nowy serial serwisu Netflix – „The Crown”.

Nie jest to jednak powierzchowna, mająca mało wspólnego z rzeczywistością opowieść o pałacowych intrygach. Twórcy cyklu szczegółowo przedstawiają obowiązki związane z przewodzeniem państwu w czasach, kiedy Brytyjczycy domagają się postępu i „uczłowieczenia” chłodnej, zdystansowanej względem społeczeństwa monarchii. Każdy odcinek przedstawia podstawowy dylemat rządzących – jak być wiernym tradycyjnej etykiecie, jednocześnie „dając się lubić”? Wnikliwie analizowany jest także ustrój polityczny Wielkiej Brytanii i to, jak sprawdza się on w praktyce. Jesteśmy zapoznawani z tym, jak wygląda proces decyzyjny w pałacu Buckingham, ilu doradców ma wpływ na pozornie niezależne postanowienia i w jaki sposób można wypracować kompromis w sporach monarchów z parlamentem.

Nawet jeśli nie jesteś miłośnikiem polityki czy Królowej Elżbiety, po obejrzeniu pierwszego odcinka zapewne włączysz kolejny. Twórcy wpadli bowiem na pomysły, które czynią tę dobrze znaną już przecież historię wyjątkową. Umiejscawiają doniosłe wydarzenia i fakty historyczne w kontekście życia codziennego zwykłych obywateli: dziennikarzy, pracowników centrali telefonicznej, młodej urzędniczki kancelarii premiera. Kolejnym udanym zabiegiem jest ukazanie prawie każdej postaci w dwojaki sposób. Tylko król Jerzy VI zaprezentowany został według klasycznego szablonu przykładnego władcy i kochającego ojca. Reszta ma w serialu, zgodnie z prawdą, niejednoznaczne charaktery. Winston Churchill okazuje się wprawionym politykiem i mówcą, a przy okazji dość sympatycznym starszym panem, który na przekór wszystkim kurczowo trzyma się stanowiska. Królowa Elżbieta szybko nabiera powagi i szacunku wśród poddanych, by nagle popełnić poważny dyplomatyczny nietakt. Książę Filip czuje się rozdarty między miłością do żony, a upokorzeniem jakiego doznaje, pozostając w cieniu Elżbiety II. To tylko nieliczne przykłady. Stworzenie tak wielu wyrazistych sylwetek w jednym serialu to wyczyn, który istotnie urozmaica fabułę i z pewnością zasługuje na uznanie.

Dzięki dobrej grze aktorskiej co odcinek na 40 minut po prostu przenosimy się do powojennej Anglii. Całości dopełniają dopracowane kostiumy, dekoracje i oświetlenie. Najwyraźniej Netflix dobrze spożytkował największy dotąd serialowy budżet. W cykl zaangażowani są głównie Brytyjczycy – twórcy z Peterem Morganem na czele i uznani aktorzy, tacy jak Claire Foy (znana między innymi z „Wolfhall”) John Lithgow („Dexter”)  czy Matt Smith („Doctor Who”). Do tego angielskie utwory muzyczne, plenery i wiernie odzwierciedlone wnętrza pałacu Buckingham. Serial wręcz kipi Wielką Brytanią. Aby nie było tak wspaniale, wielu widzów krytykuje czołówkę „The Crown”, uważając ją za jedną z wielu podobnych do tych, które poprzedzają produkowane ostatnio seriale. To prawda, jednak uważam, że wstęp ten wygrywa swoją symboliką i elegancją, a także doskonale współgra z tytułem.

„The Crown” jest oryginalnym tworem Netflix’a, gdzie można go oglądać od listopada 2016 roku. Do tej pory zostało wyemitowanych dziesięć odcinków. Według oficjalnych informacji niedługo możemy spodziewać się także kolejnego sezonu. I dobrze.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *