Stary kontynent pod gołym niebem, czyli Eurotrip po studencku

Czy na wakacje warto wybierać się z biurem podróży? Nie trzeba niczego planować, można odpocząć nad basenem i po prostu cieszyć się pogodą. Jednak da się też inaczej – organizując swój własny  “trip” po Europie.

Promenada przy plaży w Barcelonie

Promenada przy plaży w Barcelonie

Eurotrip (eurowycieczka, eurepejska podróż) – nazwa zaczerpnięta z czesko-amerykańskiej komedii z 2004 roku. Od tamtej pory młodzi ludzie używają tego określenie na podróż po Europie. Zasada jest jedna: odwiedzasz więcej, niż jedno państwo.

Po prostu wsiąść do samochodu

W lato 2014 roku, ja i mój chłopak zmęczeni pracą, zaczęliśmy zastanawiać się, co chcielibyśmy zrobić podczas następnych wakacji. Nie ograniczaliśmy się w żaden sposób. Od razu nasunął się nam pomysł podróży po Europie własnym środkiem transportu. Inspiracją do takiego sposobu spędzania czasu były nasze doświadczenia. Jako dziecko zawsze jeździłam z rodzicami na wakacje samochodem. Nigdy nie kończyło się na jednym zwiedzonym miejscu. Poznawaliśmy różne kraje ze zmotoryzowanym przewodnikiem i zawsze dużo się przemieszczaliśmy. Z czasem odnaleźliśmy swój drugi dom w Molunacie – chorwackiej wiosce z przepiękną zatoką, drzewami oliwkowymi i lazurową wodą. Choć te podróże były męczące, to czuło się, że zdobywa się każdy zakamarek jakiegoś kraju. Dlatego też pomysł Eurotripa pojawił się szybko i nie było odwrotu.

 

We wrześniu wraz z moim partnerem zwolniliśmy się z pracy, wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w trasę po Europie. Planowaliśmy niewiele. Ustaliliśmy trasę, która przebiegała przez Niemcy, Francję, Hiszpanie, Włochy i Austrię. Nie spieszyliśmy się, chcieliśmy każde wybrane przez nas miejsce dokładnie zwiedzić i trochę odpocząć – podróż miała trwać trzy tygodnie. Wybieraliśmy głównie większe miasta, takie jak Barcelona, czy Paryż, ale też skupialiśmy się na takich szczegółach jak podróż wzdłuż wybrzeża południowego Francji. Noclegów poszukiwaliśmy niedaleko dużych aglomeracji, żeby wyszło taniej. Znaleźliśmy campingi, na których moglibyśmy się zatrzymać, kupiliśmy jedzenie, zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy.

Teraz wiem, że przydałby się szczegółowy plan, ponieważ zdarzało się tak, że wysiadaliśmy z autobusu, czy metra w środku miasta i nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy i w którą stronę iść. Mieliśmy kilka przewodników, jednak nie wszystkie miały dołączone plany miasta. Często zdawaliśmy się na intuicję, pytaliśmy ludzi lub szukaliśmy biur turystycznych, gdzie zawsze był dostępny plan miasta.

Bez pasażera na gapę

Planując tanią podróż, taką na studencką kieszeń, trzeba się odpowiednio przygotować. Po pierwsze, trzeba wziąć ze sobą żywność. My kupiliśmy głównie produkty suche, z długim terminem ważności i takie, z których mogliśmy przyrządzić sobie codziennie obiad na kuchence gazowej. Nie ma co ukrywać, pojawiły się też zupki chińskie, ale w końcu chyba nie ma osoby, która będąc pod namiotem nie jadłaby przygotowanego w proszku jedzenia. Oprócz tego mieliśmy też sporo makaronu, ryżu, kaszy kuskus, pomidorów w puszcze i cebuli. W naszym aucie znalazł się także materac, pompka, walizki, poduszki i koce, krzesła, stolik i naczynia. Samochód był wypchany po brzegi i nie zmieściłby się w nim już żaden pasażer na gapę.

Eiffel Tower

Eiffel Tower

Berlińskie prostytutki

31 sierpnia o godzinie szóstej rano wyjechaliśmy w naszą podróż życia. Zaczęliśmy od Berlina. Wcześniej zarezerwowany hostel znajdował się w dzielnicy prostytutek. W ciągu dnia i w nocy chodziły bez celu po ulicy machając do kierowców.

Mimo tego, że był początek września, temperatura przekraczała 40 stopni. Berlin był dla nas dziwnym miastem, bardzo pomieszanym kulturowo. Najbardziej zapamiętaliśmy ogromne place, brak klimatyzacji w metrze (co przy takim upale przyprawiało o zawrót głowy), piękny Ogród Zoologiczny i Oranienstrasse, gdzie można zjeść prawdziwego kebaba.

Paris, je t’aime!

Po dwóch dniach wyjechaliśmy w stronę Wersalu. Była to ciężka, nocna podróż i najdłuższy odcinek do pokonania – ponad tysiąc kilometrów. Założyliśmy sobie, że nie będziemy jeździć płatnymi autostradami. Zdecydowanie wydłużało to naszą podróż, ale też zaoszczędziliśmy prawie tysiąc złotych. We Francji prawie wszystkie autostrady są płatne, ale wzdłuż nich ciągną się drogi ekspresowe, gdzie można jechać 100 km/h. Znacznie ułatwiło nam to podróżowanie. Po dotarciu do Wersalu przeżyliśmy pierwszą noc pod namiotem – niestety bardzo chłodną. Wstaliśmy wcześnie i pojechaliśmy podbić Paryż. Było już po sezonie i okazało się, że większość wejść do muzeów jest bezpłatna dla studentów z Unii Europejskiej. Takim sposobem widzieliśmy się z Mona Lisą za darmo. W takich miejscach jak Paryż warto porzucić środki komunikacji i zwiedzać miasto pieszo. Nogi po całym dniu odpadają, ale za to jest ogromna satysfakcja, że nic nam nie umknęło. Do pałacu Ludwika XIV udało nam się wejść także za okazaniem legitymacji, więc zaoszczędziliśmy już 30 euro. Jak się okazało, na początku września turystów było bardzo mało, więc można było napatrzeć się na piękne żyrandole.

Kolejny przystanek zrobiliśmy w Clermont-Ferrand u Pani Wandy, która jest z pochodzenia Polką, ale urodziła się we Francji. Języka polskiego zaczęła się uczyć dopiero na emeryturze. To miasto przemysłowe, głównie związane z oponami Michelin, które wywodzą się właśnie z tego miejsca. Naładowani pozytywną energią i najedzeni ślimakami ruszyliśmy na południe.

Spragnieni słońca i szumiących fal

W Barcelonie zaczęły się prawdziwe wakacje. Znów palące słońce, a do tego morze, którego brakowało nam przez pierwszy tydzień podróży. W Hiszpanii byliśmy tylko trzy dni. Nie jest to raj dla kierowców, ale zdecydowanie mogłabym się tam wylegiwać na plaży przez cały rok popijając Sangrię. Zatrzymaliśmy się w El Masnou, 15 km od Barcelony. Przyjechaliśmy Seatem Ibizą, więc od razu zostaliśmy zaakceptowani przez mieszkańców miasteczka. Polaków było mało, jednak jak tylko ktoś usłyszał wspólny język, od razu się witał.

Hiszpania jest droga, zwłaszcza jeżeli chodzi o nocleg. Na campingu były bardzo słabe warunki, a za noc płaciliśmy 30 euro. Było jednak tak przyjemnie ciepło i blisko do wody, że postanowiliśmy zostać trzy noce, zamiast dwóch, które zaplanowaliśmy początkowo.

Następnego dnia wsiedliśmy do pociągu, który zawiózł nas do centrum Barcelony, na Placa de Catalunya. Tam okazało się, że mój przewodnik miał mapę, ale bez nazw ulic. Ciężko było zorientować się, w którą stronę mamy iść, żeby cokolwiek zobaczyć. Po godzinnym kręceniu się w kółko, odnaleźliśmy punkt orientacyjny i rozpoczęliśmy spacer po tym nadmorskim mieście. Po Barri Gotic można chodzić całymi dniami i nigdy się nie znudzi. Najbardziej jednak urzekła nas nadmorska promenada z ogromnymi palmami i pięknym widokiem na morze. Skoro trafiliśmy na wybrzeże, to nazajutrz wybraliśmy się na plaże, gdzie spędziliśmy cały dzień.

Ulica prowadząca do centrum Cassis

Ulica prowadząca do centrum Cassis

Oglądając zachód słońca w noc przed wyjazdem w kierunku południowego wybrzeża Francji, zdaliśmy sobie sprawę, że powoli wracamy do domu. Co prawda wiele było jeszcze przed nami, ale Barcelona była najbardziej oddalonym punktem na naszej trasie i od tego momentu każdy przejechany kilometr zbliżał nas do Polski.

Miejsce, w którym chce się zamieszkać

Najważniejszym punktem naszej wyprawy było południowe wybrzeże Francji. Plan był taki, żeby jechać wzdłuż wody aż do granicy z Włochami. Zatrzymaliśmy się w Cassis, 20 km od Marsylii. To miejsce znaleźliśmy w Internecie i zdecydowanie przerosło nasze oczekiwanie. Po pierwsze, cena za nocleg na campingu Les Cigales wynosiła 19 euro za wszystko – to bardzo niewiele w porównaniu do tego, ile płaciliśmy na innych campingach (mniej więcej 25 – 30 euro). Po drugie, miasteczko okazało się bardzo malowniczym miejscem, położonym między dwoma urwiskami. Do centrum schodziło się długą drogą w dół, a potem trzeba było wdrapać się z powrotem. Rano szło się na małą kamienistą plaże, a wieczorem do restauracji na świeżym powietrzu.
Nasz budżet przewidywał spontaniczne wyjścia na kolacje. Próbowanie regionalnego jedzenia to jedna z istot podróżowania. We Francji na śniadanie i kolację często jedliśmy chrupiącą bagietkę z oliwą i croissanta z dżemem, popijając winem, którego koszt nie przekraczał trzech euro. Tylko dzięki samodzielnemu planowaniu można znaleźć takie miejsca jak Cassis. Jestem pewna, że żadne biuro turystyczne nie oferuje wyjazdu do takich cudownych miasteczek.

Stamtąd pojechaliśmy do Marsylii. Często do dużych miast jeździliśmy lokalną komunikacją, nie martwiąc się o parkowanie i niepotrzebny stres związany z dużą ilością samochodów. W przewodniku przeczytaliśmy, że Marsylia to najniebezpieczniejsze miasto w całej Francji. Osobiście nie odczuliśmy tego w żaden sposób i bardzo nam się tam podobało. Warto spalić parę kalorii i wejść na wzgórze, gdzie znajduje się Notre Dame de Marsille. Widok na całe miasto położone pomiędzy morzem a górami zapiera dech w piersi.

Spontaniczny nocleg i malownicza Nicea

Kolejnym miejscem na naszej mapie były okolice Nicei. Jadąc wzdłuż wybrzeża odwiedziliśmy St. Tropez. Pogoda zaczęła się pogarszać, a podróż bardzo nam się przedłużała z powodu korków. Nie zdążyliśmy przed zamknięciem recepcji na campingu, na którym mieliśmy spać. Robiło się ciemno, więc złapaliśmy wi-fi i szukaliśmy jakiegoś noclegu. Za trzecim razem tuż przed godziną 22.00 przyjął nas pan, który nie znał ani jednego słowa po angielsku. Rozbiliśmy szybko namiot i poszliśmy spać, jednak nie na długo. Nad ranem obudziła nas burza z piorunami i głośnymi grzmotami. Chyba nigdy nie przeżyliśmy takiej nawałnicy.

Padało przez kolejne dwa dni, ale nie zraziło nas to by dalej zwiedzać. Pojechaliśmy do Cannes, żeby przejść się po słynnej promenadzie La Croisette, a następnego dnia zwiedziliśmy Nicee. Trochę mokrzy wyruszyliśmy w kierunku Włoch. Odcinek pomiędzy Niceą a Monako jest wprost bajkowy. Koniecznie trzeba było się zatrzymać i zrobić kilka zdjęć z trasy.

widok na niceę

Widok na Niceę z Villefranche-sur-Mer

Wjechaliśmy do Włoch, gdzie droga prowadziła głównie przez miasta. Jazdę utrudniały samochody, które były zaparkowane przeważnie na środku ulicy. Zmieniła się architektura. We Włoszech wiele budynków jest ozdabiana malowidłami. Gdy wjeżdżaliśmy do miasta wydawało się, że to, co widzimy, to raczej obraz, a nie rzeczywistość. Dotarliśmy do Genui, która pozytywnie nas zaskoczyła – znajduje się tam największe w Europie Stare Miasto. Po znalezieniu noclegu poszliśmy na wymarzoną pizzę. Można iść w dowolne miejsce – wszędzie będzie smakowała tak samo dobrze.

Zmierzając na północ dojechaliśmy do Mediolanu, gdzie był najdroższy camping, bo aż 35 euro za noc, ale też jedno z najładniejszych miejsc, które zwiedziliśmy. Mediolan to nie tylko najdrożsi projektanci, ale też piękna Katedra Narodzin Św. Marii z największymi witrażami, jakie kiedykolwiek powstały i wiele innych zabytków. W tym czasie trwała także wystawa Expo w Mediolanie. Bilety były bardzo drogie, bo około 33 euro za osobę. W dodatku był weekend i wpuszczano za dużo ludzi. Skutkowało to tym, że nie dało się przejść i czegokolwiek zobaczyć. W jednej kolejce staliśmy półtorej godziny, a placki ziemniaczanie w polskim pawilonie kosztowały 12 euro.

Miasto zakochanych i wielka miłość do pand

Jednym z ostatnich postojów była Wenecja. Z przyjemnością gubiliśmy się w wodnych uliczkach delektując się ostatnimi promieniami słońca. Nie mogliśmy odpuścić ostatniego plażowania, więc pojechaliśmy na najbliższe kąpielisko do Lido di Jesolo, 30 km od Wenecji. Tam poczuliśmy, że nasze wakacje się kończą. Mimo tego, że było ponad 20 stopni, wszyscy zwijali hotelowe leżaki i parasole. My cieszyliśmy się, że w końcu trafiliśmy na piasek, a nie kamienie.


Żegnając słońce ruszyliśmy do Austrii na nasz ostatni postój.
W Wiedniu naszym głównym celem był Ogród Zoologiczny Schonbrunn, gdzie mieszkają trzy pandy. Był to widok godny polecenia. Ogród ten jest najstarszym zoo na świecie i najbardziej naturalnym, jakie widzieliśmy. Oprócz pand duże wrażenie wywarły na nas niedźwiedzie polarne. Zrobiło się zdecydowanie chłodniej, w końcu październik już się zbliżał. Chcieliśmy wrócić do domu. Kolejne 10h spędziliśmy w samochodzie. Dotarliśmy o 5 rano po 24 dniach podróży.

5565 km, 80h, 16 miast, 8 państw

Cassis

Wspólne zdjęcie z widokiem na port w Cassis

Zrobiliśmy prawie 6 tysięcy km, spędziliśmy 80h w samochodzie, zwiedziliśmy 16 miast i przejechaliśmy przez 8 państw. Ale nie chodzi tylko o liczby. Zależało nam na tym, by zrobić coś, z czego będziemy dumni i co będziemy wspominać przez lata. Chcieliśmy zobaczyć wiele różnorodnych miejsc i udało nam się to. Pewnie są ludzie, którzy podróżują w odleglejsze zakamarki świata i robią to w zupełnie inny sposób, niż my, może trudniejszy, czy tańszy. Dla nas jednak najważniejszy był nasz własny cel. Taki sposób podróżowania i poznawania świata zmienił nasze podejście do życia, pozwolił otworzyć się na nowe możliwości. Gdy wróciliśmy wraz z początkiem nowego roku akademickiego, mieliśmy dużo siły, żeby podjąć nowe wyzwania.

Na całą podróż w dwie osoby wydaliśmy niewiele ponad siedem tysięcy złotych, w tym niecałe dwa tysiące na paliwo. Czy to dużo? Pewnie dla niektórych jest to spora kwota, chociaż za trzy tygodnie wakacji z biura podróży w jedno miejsce zapłacimy tyle samo. Czy studenta na to stać? Oczywiście, że tak. Przez trzy miesiące wakacji od uczelni można z łatwością zarobić na taki wyjazd. Trzeba mieć tylko dużo chęci. Widoki i przeżycia związane z takim samodzielnym podróżowaniem są nie do opisania, więc polecam każdemu przekonać się na własnej skórze.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *