Zasłyszane w mleczaku

Obiady w mleczakach cieszą dużą popularnością fot. P.S.Masz dwugodzinną przerwę w zajęciach, a na domiar złego jesteś głodny jak wilk i znudzony jak mops. Chcesz zjeść coś szybko, ale nie masz ochoty na fast food.  Polecamy bar mleczny – zapomnianą, przypominającą stołówkę jadłodajnię, a zarazem ostatni bastion polskiej kuchni.

– Może ziemniaki z wody do tego? – słyszę zza lady. Patrzę na swój talerz i potwierdzająco kiwam głową. Idę do stolika i zasiadam w towarzystwie dwojga emerytów i studenta. Jestem w barze mlecznym. Z jednej strony widzę starszą panią, której płaszcz bez wątpienia pamięta lepsze czasy. Z drugiej – gościa w garniturze, który wpadł tu z jakiejś korporacji  na przerwę . Przez lokal przewijają się też studenciaki, drobne pijaczki i zwykli, szarzy ludzie. Mimo wielu różnic każdy z klientów jak jeden mąż staje w kolejce, gdzie  kobieta, ubrana w biały siatkowy czepek, podaje dania szybciej niż cała kadra McDonalda.  Ponownie spoglądam na swój zakup: placki ziemniaczane, dwa mielone,  groch z marchewką i coś, co przykuło moją uwagę – zalewajka. Co to w ogóle jest? Ciekawe, co przyciąga tu tych wszystkich ludzi…

O barach słów kilka

W ciągu ostatnich kilku dni zwiedziłem 5 barów mlecznych. Zacząłem od KMAR-a na Żabiance, odwiedziłem też Syrenę i Akademicki we Wrzeszczu, byłem też w barze Łasuch koło pętli w Oliwie. Zajrzałem również do baru Słonecznego w Gdyni. Wszędzie wybór był podobny. Pomidorowa, żurek, rosół, krupnik, mielone, schabowe, pierogi i inne dania. Do picia kompot albo kefir a na deser budyń. Warto zaznaczyć, że lokale, które nazywamy barami mlecznymi, nie są nimi w świetle polskiego prawa.  Określenie baru mlecznego zostało bowiem zawarte w ustawie o pomocy społecznej, zgodnie z którą za bar mleczny należy uznać przedsiębiorcę prowadzącego działalność gospodarczą w postaci samoobsługowych, bezalkoholowych, ogólnodostępnych zakładów masowego żywienia, sprzedających całodzienne posiłki mleczno-nabiałowo-jarskie. Zgodnie z  rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 20 grudnia 2010 roku, do tych wymyślnych quasi-wegetariańskich dań przysługują dotacje.  Pewnie z tego powodu w menu znajdziemy takie dziwne rzeczy jak np. kotlet jajeczny, co ma istotne znaczenie w świetle powyższych przepisów.

Kompocik

Na wejściu do baru mlecznego Łasuch przy pętli w Oliwie przywitała mnie na oko dwunastoletnia Rumunka, żebrząca o pieniądze. Nie wydaje mi się, żeby ktoś dawał im jakiekolwiek pieniądze, ale widocznie musi im się to opłacać. Ceny w środku nie zachwycały. Zamówiłem sobie schabowego z ziemniakami i mizerią oraz żurek. Do picia kompot z bliżej nieokreślonych owoców. Wyglądało na maliny, ale dziwnie pachniało. Stąd też skończyłem na łyku tego „cudownego” napoju, pamiętając o słowach swojej babci, która wspominała że kompot można zrobić nawet ze starych sznurowadeł. Kotlet i ziemniaki bez specjalnych wymysłów, smakowały normalnie, znośnie. Żurek również choć z niewiadomych powodów był samym bulionem bez dodatków. Co do klientów, większość z nich wyglądała na pasażerów pociągu, czekających na przesiadkę. Za obiad zapłaciłem około 20 złotych, więc wcale nie tak tanio. Co do ogólnej oceny, lokal daleki jest od trzech gwiazdek Michelin.

Nie ufajcie Jarząbkowi

W barze mlecznym można znaleźć niemal wszystko  fot. P.SNastępnym miejscem, które odwiedziłem był bar Słoneczny w Gdyni. Tym razem nie przywitała mnie Rumunka, lecz pijaczek. Oczywiście nie stał tam tak po prostu, więc od razu sprzedał mi jakąś gadkę o tym, że nie ma na obiad i żebym go poratował. Dziwnym trafem miał na półlitrową flaszkę lipy, która wystawała z jego torby. Skoro był tak głodny, to czemu nie przystał na propozycje, że kupie mu coś do jedzenia?  Wchodząc do środka, spodziewałem się bareizmów, ale zamiast sztućców na łańcuchu zobaczyłem sprawnie rozplanowaną ladę, gdzie każdy mógł sobie wybrać, co tylko chciał. Na końcu czekała pani przy kasie, która naliczała wartość specjałów na talerzu. Za pierogi leniwe, dwa naleśniki ze szpinakiem i kompot zapłaciłem koło 15 złotych. Do wszystkiego dorzuciłem ponownie żurek. W końcu od żuru chłop jak z muru. Większość klientów stanowili uczniowie gdyńskich liceów i starsi ludzie, widać stali bywalcy od dawien dawna. Jak to mówią old habits die hard.

Jedzenie było smaczne. Pomimo faktu, że gablotka z jedzeniem była uzupełniana niemalże taśmowo, dbano o każdą porcję. Wybór był spory. W dziale napoje zobaczyłem cudo nazwane Kawa po polsku. Nigdy nie zapoznawałem się z pomysłami rodzimych baristów, ale pani kucharka rozwiała wszelkie wątpliwości i powiedziała -no kawa po polsku to ta z fusami przecież, patrząc na mnie jak na przygłupa. Cóż nie po raz pierwszy wykazałem się ignorancją. Wystrój baru był dość standardowy i piękny w swojej prostocie. Co prawda zapachy, jakie wydzielała bezdomna część klientów nie zachęcały do jedzenia, ale w końcu co z tym zrobić. Mimo to wszystko było dobrze zorganizowane, w lokalu panował porządek i  z jakiegoś powodu było osobno wejście i wyjście. Moim skromnym zdaniem „Słoneczny” jest najlepszym barem mlecznym, w jakim byłem. Nie tylko ze względu na cenę i jakość, ale przede wszystkim ze względu na klimat. Dlatego też  warto wybrać się z Gdańska do Gdyni i odwiedzić bar, w którym czas stanął w miejscu.

Co tak drogo?!

Z Gdyni pojechałem do Wrzeszcza, gdzie poszedłem do barów Syrena i Akademickiego. Na zewnątrz kolejka do połowy chodnika, a w środku jeszcze większy tłum. W obu barach gośćmi byli prawie sami  studenci. W środku dało się jeszcze czuć czasy, gdy jedzenie było na kartki, a przysmak stanowiły wyroby czekoladopodobne. Na stołach ceraty, podłoga całe wnętrze raczej zaniedbane. Wszędzie widać sztuczne rośliny, dziwne wazony i inne bezużyteczne drobiazgi.  Ogólnie wyglądu nie nazwałbym wyszukanym, ale miało to swój urok. Oba lokale były duże, potwornie zatłoczone i hałaśliwe. Co do jedzenia, zamówiłem kotlety jajeczne, smażony makaron z pieczarkami, golonkę i rosół. Wyglądało to jak zestaw: „Zawał serca – zrób to sam”. Palpitacji serca dostałem dopiero, kiedy pani uprzejmie oznajmiła mi ile muszę zapłacić za tę przyjemność. To 30 zł bez przerwy brzęczało mi w uszach.  Chociaż w sumie najadłem się na jakąś dobę, wiec chyba zadanie wykonane

Radomski przysmak

Kilka dni później odwiedziłem KMAR-a na gdańskiej Żabiance. Warto zaznaczyć, że wpadłem tam w okolicach godziny 22.00, wiec towarzystwo różniło się znacznie od tego, które spotykałem w poprzednich lokalach. Większość klientów wpadła tam w przerwie w imprezie, bo bar jest otwarty do 23.00. Zamówiłem sobie flaki oraz pierogi ruskie ze skwarkami. Swojego rodzaju dodatkiem była lufa czystej, nalana mi przez kolegę. Przyznaję otwarcie – w tej kwestii nie oponowałem. No cóż, kolacja po polsku. Sam lokal znam i odwiedzam od wielu lat, można tu spotkać naprawdę różne osoby. Bywały dni, gdy w lokalu byli zarówno studenci,  jak i emeryci, dresiarze i metale, bezdomni oraz facet  który zajechał S – klasą z salonu. Jedzenie jest naprawdę bardzo dobre, a w menu figuruje wymieniona już wcześniej zalewajka. Wygląda i smakuje jak zwykły żurek, ale słyszałem, że różni się wyłącznie tym, że jest tam zwykła kiełbasa zamiast białej. Co więcej, dowiedziałem się też że została wymyślona w Radomiu. Może z jakiegoś powodu nie znają tam Żurku.

Jak u babci, tuż za rogiem

Do barów mlecznych przylgnęła łatka jedzenia dla ubogich, co jest bardzo krzywdzące. Ceny są rozsądne, często wystarczy 12-13 złotych, by się najeść do syta. Bardzo mnie śmieszy fakt, że powstaje wiele restauracji ‘Polskich’ , gdzie ludzie zwykłego schabowego jedzą za 30 złotych i są z siebie dumni. Polskie jedzenie staje się swego rodzaju gourmet. Tymczasem wcale nie trzeba go  szukać w wielkich, pięknie wystrojonych lokalach lecz wystarczy wyjść w jakieś mało uczęszczane miejsce. Mimo że wystrój jest tam rodem z czasów Gierka, to jedzenie smakuje cudownie i nie trzeba jechać przez pół polski do babci, by spróbować tradycyjnej polskiej kuchni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *